Feed on
Wpisy
Komentarze

Głos w sprawie abonamentu

Z Hameryki. Pytanie:

- Czy Kongres powinien wycofać się z finansowania publicznej telewizji i radia?

Richard Guess z Charleston odpowiada:

- Kongres powinien dalej za to płacić - bo jeżeli przestanie, to będą musieli robić to podatnicy.

Ciekawe, czy poziom zrozumienia finansów publicznych w naszym kraju też tak wygląda.

Źródło

W ramach potwierdzania narodowych stereotypów nasi przyjaciele Niemcy zaserwowali nam smakowity przykład swojego abstrakcyjnego, wyrafinowanego humoru (link), w którym to jadącym na mecz Polska - Niemcy niemieckim kibicom ktoś kradnie samochód w trakcie postoju na “siusiu”. Reakcje oczywiście różne, od “bić Giermańca” do “ale głupi ci Niemcy”. Ja natomiast chciałbym zauważyć, że mecz będzie na stadionie w Klagenfurcie, w Austrii. Rozumiem więc, że to Austriacy ukradli auto, bo niby kto?

Jak skomplikować sobie życie

Wyobraźmy sobie, że chcemy zrobić zupę, dajmy na to, pomidorową. Do zrobienia zupy potrzebujemy: pomidorów w puszce (bo w tym roku lato było słabe i gruntowe paskudne), włoszczyznę, kawałek mięsa i parę innych głupot. Po włoszczyznę idziemy do warzywniaka, po pomidory do delikatesów, mięso kupujemy w mięsnym, a pozostałe rzeczy w osiedlowym sklepiku “U Zbycha”. Albo idziemy do Tesco i wszystko mamy na miejscu, dzięki czemu oszczędzamy pół godziny (i pewnie parę złotych też). Postęp, panie.

Przeczytałem dzisiaj, że ZUS nie obetnie składki rentowej. News taki sobie, bo od paru dni było w sumie wiadomo, ale zdaje się, że sprawa jest już przesądzona.  No trudno, jakoś te parę złotych przebolejemy - jak nie ma kasy, to nie ma kasy, pomożemy… trzeba było tylko wcześniej głosować przeciw, bo teraz to jakoś tak niesmacznie się robi.

Zastanawiające jest uzasadnienie. Otóż, obniżenie składki rentowej miałoby być obciążeniem dla budżetu w wysokości 10 miliardów złotych, które to pieniądze mogłyby pójść np. na podwyżki dla nauczycieli. No dobra, ale przecież to są pieniądze ZUS-u? Skąd nagle mowa o budżecie?

Otóż oczywiście jest tak, że budżet dofinansowuje ZUS kilkudziesięcioma miliardami złotych rocznie - bo pieniędzy w ZUS-ie jest zwyczajnie za mało. A to oznacza, że wyjmowanie pieniędzy z ubezpieczeń społecznych skutkuje koniecznością włożenia ich skądinąd, bo bilans przecież musi być na zero. Nie ma łatwo. Pozostaje tylko jedno pytanie z gatunku zasadniczych: po co w takim razie utrzymywać cały ten ZUS? Nie łatwiej włączyć jego struktury w Ministerstwo Finansów i obsługiwać ubezpieczenia via urzędy skarbowe?

Jak zwalczać korupcję bez prowokacji?

Takie retoryczne pytanie zadał na swoim blogu Jan Pospieszalski, w podobnym tonie wypowiadała się wczoraj w telewizji pani nie-pamiętam-nazwiska doktor socjolog PAN. Bądź co bądź - argumentują oboje - bez kontrolowanej “podpuchy” korupcję bardzo ciężko jest wykryć, a jeszcze trudniej udowodnić. Walka z korupcją musi więc polegać na podpuszczaniu ludzi - w prawniczym slangu nazywa się to chyba “podżeganiem”. CBA działa więc trochę tak, jak obyczajówka z amerykańskich filmów. Policjanci, zajmujący się zwalczaniem prostytucji podstawiają swoje panienki (policjantki w przebraniu), które zamiast do ciepłego łóżeczka zaprowadzają swoich klientów do aresztu.

Fajnie, tylko czy to rzeczywiście czemuś służy? Pewnie, można argumentować, że politycy zaczną się bać - ale to oznacza tylko, że przed każdym większym “przewałem” będą swoich “kontrahentów” prześwietlać na wylot, co z kolei spowoduje wzrost “cen za usługę”. Kontrolowane prowokacje CBA odsieją co najwyżej tych głupszych/mniej spostrzegawczych. Jak dla mnie - bez sensu.

Wszyscy doskonale wiemy, jak ograniczyć/zlikwidować korupcję. Problem korupcji nie polega na tym, że ludzie są nieuczciwi (chociaż są), tylko na tym, że przepisy prawne stwarzają im możliwości. Tam, gdzie istotną rolę odgrywa arbitralna decyzja urzędnika, pojawiają się okazje. Wystarczy wyeliminować te luki w przepisach - i problem korupcji zniknie sam.

Tylko czy na pewno będzie się to naszym decydentom opłacać?

Cena kurczaka

Ple ple, tak można podsumować debatę Tusk-Kwaśniewski, tak samo jak wszystkie poprzednie. Panowie warci siebie, żaden z nich nie miał nic ciekawego do powiedzenia, poza tym, że były prezydent wydawał się być odrobinkę bardziej merytoryczny. Ale tylko odrobinkę, bo generalnie schemat rozmowy wyglądał tak: “ple ple ple? A u was biją Murzynów…”.

Jedyne, co mnie niepokoi (w świetle bardzo prawdopodobnego zwycięstwa formacji Tuska), to fakt, że człowiek, który na czole ma wymalowane “wolny rynek”, nie ma za bardzo pojęcia, o co w tym rynku chodzi. Przemilczę kwestię zakładania firmy, bo to jest zupełnie nieistotna pierduła (firmy nie zakłada się raz na tydzień, to czy zajmuje to trzy dni czy trzy godziny to niewielka różnica - to ZUS ogranicza przedsiębiorczość, a nie brak “jednego okienka”) - ale martwi mnie, że “Donek” opowiada o wzroście ceny kurczaków jako nieomal klęsce polskiej gospodarki- i, oczywiście, patologii, która na pewno spowodowana jest rządami PiS-u…

Otoż, Panie przyszły premierze, pragnę poinformować Pana, że w tym roku mieliśmy a) wiosenne przymrozki, które skutecznie przetrzebiły sady i pola, b) bardzo słabe, zimne i deszczowe lato, a w takich warunkach zboże i nie tylko rośnie raczej tak sobie. A jak rośnie tak sobie, to podaż jest mniejsza, więc cena rośnie. Pierwsza lekcja ekonomii w liceum. Dla uproszczenia podam, że kurczaki karmi się zbożem, więc jak cena zboża rośnie… czy już widać Amerykę?

Można sobie powiedzieć, że żaden z oponentów Tuska też tej prostej zależności nie wyłapał. Tylko czy to nam ma poprawić humor?

Rozbieżności

W ramach rozwijającej się kampanii wyborczej wybuchło parę kapiszonów - Sikorski, Borusewicz, Rokita - ale informacja o starcie Leszka Millera z listy Samoobrony wywołało sporo emocji. Oczywiście świadczy to głównie o tym, że personalia są w naszej demokracji dużo ważniejsze od poglądów - czy ktokolwiek wie, czym się różnią stanowiska pp. Millera i Olejniczaka np. w sprawie wysokości podatków? Założę się, że żaden z nich takiego konkretnego stanowiska w ogóle nie ma…

Ale ja w sumie nie o tym, tylko o konsekwencjach ordynacji “proporcjonalnej”, która obowiązuje w naszym pięknym kraju. Otóż jest tak, że głosy oddane na Millera mają swój specyficzny skutek uboczny - jeżeli były premier dostanie np. 80 tysięcy głosów, to oprócz niego “wyjdzie z grupy” także troje-czworo innych posłów Samoobrony. Ludzie są zapewne tego świadomi, i wiedza, że głosując na swojego Leszka, głosują też na Leppera, może ich lekko niepokoić.

Ja specjalnie za Millerem nie przepadam, więc specjalnie mnie to nie boli - ale podobna sytuacja jest w tym “planktonowym” obozie, na który miałem zamiar zmarnować głos. Zagłosuję na Korwina, to do Sejmu wejdą palanty z LPR. Nie zagłosuję, to Korwin nie wejdzie. Dylemat więźnia!

A dylemat taki wynika w prostej linii z drobnego zgrzytu prawno-politycznego. Otóż mamy ordynację “proporcjonalną” (piszę w cudzysłowie, bo Próg Wyborczy i reguły liczenia głosów), która tak jakby dopasowana jest do sytuacji, w której ludzie głosują na partie, a w domyśle - na programy. Tymczasem - jak napisałem parę linijek wcześniej - jest to dalekie od prawdy. Polityka w naszym kraju bardziej przypomina “Taniec z Gwiazdami”: ludzie głosują na celebrities - na konkretnych ludzi, kierując się przede wszystkim względami pozamerytorycznymi - wyglądem, wzrostem, kolorem włosów, tembrem głosu, wreszcie zespołem memów wypracowanych przez agencje PR. Gdzie tu miejsce na programy, na propozycje zmian, na jakąkolwiek debatę?

Widać już chyba, do czego dążę. Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, ordynacja większościowa w wyborach do Sejmu z pewnością byłaby lepiej dopasowana do oczekiwań społeczeństwa. Czy jednak w ten sposób nie popadamy w błąd naturalistyczny, wywodząc z tego, co jest - to, jak być powinno? Pewnie tak, zresztą z dopasowania ordynacji do potrzeb ludzi jeszcze nic specjalnie dobrego wynikać nie musi. Wykształcić społeczeństwo, obudzić ducha obywatelskiego - ot co! No, ale na to potrzeba lat, potrzeba pieniędzy, potrzeba edukacji z prawdziwego zdarzenia. Oj, ciężko, ciężko…

W roku 1961 niejaki Edward Lorenz robił sobie symulacje pogody. Ponieważ ówczesne komputery były niespecjalnie szybkie, a model skomplikowany, symulacja trwała raczej długo - więc przed wyjściem do domu Lorenz przerwał ją brutalnie w połowie, zapisał dane, a następnego dnia puścił symulację z zapisanego punktu. Kiedy komputer przestał liczyć, sprytna laboratoryjna małpka świsnęła wydruk z wynikami i cały dzień pracy komputera poszedł w diabły. Zgrzytając zębami, Lorenz puścił symulację od nowa, od początku - i, co ciekawe, kiedy znudzona kapucynka oddała wydruki, wyniki obu symulacji okazały się być całkowicie (całkowicie!!!) różne.

Okazało się, że komputer prowadził obliczenia z dokładnością do sześciu liczb po przecinku - ale dane zapisał z dokładnością do trzech. Wydawałoby się, że takie zaokrąglenie nie powinno mieć wielkiego wpływu na obliczenia - a jednak, z jednej symulacji wychodziło słońce i 25 stopni, a na drugiej wyszedł huragan i trzęsienie ziemi. Taka wrażliwość modelu na warunki początkowe została nazwana poetycko “efektem motyla”, a z przypadkowego w sumie zdarzenia urodziła się całkiem nowa gałąź nauki, która zresztą przedostała się dosyć wdzięcznie do kultury masowej - a matematykom dała przynajmniej cień nadziei na jakiś podryw. No, ale to temat na dłuższą notkę…

A napisałem sobie to wszystko, bo przeczytałem dzisiaj, że panowie naukowcy stworzyli dokładny model zmian klimatycznych na następną dekadę (i oczywiście wyszło im, że po 2014 to globalnego ocieplenia już nic nie powstrzyma). No proszę, jaki postęp!

Zioło bez wpadki

Palenie tzw. “zioła” jest - obok notorycznego przekraczania dozwolonej prędkości - typowym “przestępstwem”, które niby jest zakazane, ale w sumie wszyscy to olewają. Przynajmniej u nas w kraju, bo w takich Stanach podobno traktuje się to bardzo poważnie - i z wielkim zaangażowaniem nakłada się wysokie kary zarówno za “speeding” jak i za “pot”.

Ponieważ zarówno szybka jazda, jak i okazjonalny skręcik należą do przyjemności, których niektórzy nie potrafią sobie odmówić, i które od bidy podpadają pod nieostrą kategorię “wolności obywatelskich”, ludzie bronią się jak mogą. Przed “psami” z drogówki bronią antyradary i CB-radia, ewentualnie dobrze płatni prawnicy; można sobie też kupić “foto-blocker”, który niestety w ogóle nie działa. Z marihuaną jest trochę trudniej - ale tylko trochę, bo za jedyne 19.95$ można sobie kupić instruktażowe DVD p.t. “Never Get Busted Again“, w którym były policjant z wydziału narkotyków tłumaczy, jak nie dać się złapać - i jak nie dać się posadzić.

Niejaki Barry Cooper, na pewnym etapie kariery stwierdził, że jego praca nie ma sensu - raz, że “wolności obywatelskie”, dwa, że aresztując dalekich od kryminału palaczy “zioła” narobił więcej szkód rodzinom niż samo zioło. Postanowił więc “odpokutować” - i podzielić się swoją wiedzą ze społeczeństwem. No, i przy okazji na tym zarobić.

Ameryka to jednak dziwny kraj.

UPDATE: Instruktażowe DVD Coopera to szkodliwy bzdet.

Nieustająca żałoba narodowa

Nie ma co pisać. Wszyscy wiemy, co się stało. Najgorsze, że pamiętam, jak sam umierałem ze strachu, kiedy Ojciec wiózł nas po krętych serpentynach Rue d’Napoleon, bo nie stać nas było na autostradę. Chociaż, z drugiej strony - kierowcy autokarów na trasie Split - Dubrownik (Chorwacja) mają jeszcze weselej: po lewej góry, po prawej sto metrów w dół do morza - co jakoś nie przeszkadza im zasuwać sto dwadzieścia na godzinę. Żeby nie to, że w Splicie stłukłem sobie okulary i nic nie widziałem (Dubrownik wydał mi się przez to dosyć niewyraźny), to chyba bym ze strachu…

Kiedy umarł Jan Paweł II, cały naród złapał się za ręce i połączył w pamięci wielkiego Polaka. Ogłoszona żałoba pozwoliła nam - choćby na chwilę - stać się lepszymi ludźmi, pomyśleć o rzeczach większych i ważniejszych niż codzienna harówka i telewizja. Teraz, po wypadku, prezydent też ogłosił żałobę. Można się oczywiście z tego śmiać, bo w sumie śmierć 27 osób we Francji - choć niewątpliwie smutna i przerażająca - to pojedyncze, mało znaczące zdarzenie w kontekście statystyk wypadków: co tydzień na polskich drogach ginie więcej ludzi niż w nieszczęsnym autokarze. Może jednak - dzięki żałobie - przypomnimy sobie o tym? Może - mając w pamięci statystyki - pojedziemy na wakacje trochę wolniej?

Perspektywa czasowa dwulatka

Wracałem wczoraj samochodem z Zakopanego - te głupie czterysta kilometrów w normalnym kraju nie powinno zająć więcej niż trzy godziny, ale my mamy “rację moralną”, autostrady nam niepotrzebne, więc trasę Zakopane-Warszawa pokonuje się w godzin pięć i pół - plus półtorej godziny na przegryzienie się na drugą stronę Stolycy (bo w sumie po co nam obwodnica).

Długotrwała jazda samochodem ma to do siebie, że po paru godzinach człowieka zaczyna szlag trafiać. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które nie mają jeszcze przygiętego karku i brak im pokory w stosunku do rzeczywistości. Dlatego po paru (przespanych na szczęście) godzinach, mój piękny Synek, siedzący na tylnym siedzeniu, zaczął głośno domagać się zakończenia podróży. “TUTAJ”! - krzyczał, żądając zatrzymania się w szczerym polu. Na moje pytanie “wysiadamy”? - odpowiadał z przekonaniem “TAK!!!”. Misiu, możemy tutaj wysiąść, tylko co dalej? - pytałem więc Synka - a on wpadał w głęboką zadumę na około dwie minuty, po czym cykl zaczynał się od nowa…

Nie pisałbym tego, gdyby nie to, że przeglądając (w godzinach pracy, ty niedobry) sobie różne blogi po raz kolejny trafiłem na głośny postulat odsunięcia Kaczorów od władzy - i tak mi się skojarzyło. Nie, żebym specjalnie za Kaczorami przepadał - w końcu od komunistów różnią się głównie tym, że podobno chodzą do kościoła w niedzielę - ale jeżeli żądamy ich odsunięcia, to zastanówmy się - “co dalej”?

No?

Starsze wpisy »