Trochę z przekory, trochę z ciekawości kupiłem sobie pod choinkę książkę Davida Irvinga “Drezno – apokalipsa 1945″. Z przekory, bo osoba Irvinga to dosyć ciekawe zjawisko. Ten znany historyk, specjalizujący się w historii II wojny światowej, został niedawno osadzony w austriackim areszcie za głoszenie “kłamstwa oświęcimskiego”. To ciekawe, że ci, co najgłośniej krzyczą o wolności słowa, zbrodniach inkwizycji i cenzury, odmawiają jednocześnie naukowcowi prawa do głoszenia wyników swoich badań. Nie, żebym był jakimś wielbicielem Świętego Officjum, ale jakiś poziom przyzwoitości należałoby trzymać. No, do rzeczy.
Książka opisuje wydarzenia, które doprowadziły do historii z 13 i 14 lutego 1945, kiedy to miały miejsce alianckie naloty dywanowe na Drezno. Opisuje bombardowania prowadzone przez Luftwaffe, odwetowe ataki aliantów, bombardowanie Hamburga, by wreszcie dojść do sedna – zniszczenia Drezna. Wydana została w roku 1963, w czasie, kiedy żyło jeszcze wielu świadków po obu walczących stronach – zarówno Anglików i Amerykanów, jak i Niemców. Historia Drezna jest znana – miasto zostało zniszczone przez bombardowania RAF-u i USAF. Nie wiadomo za bardzo, jaki był cel bombardowań – miasto miało znaczenie militarne jedynie jako punkt zborny uchodźców ze wschodu (w dniu bombardowań przebywało tam ok. 200 tysięcy uchodźców). Pozbawione było jednocześnie jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej. Na bezbronne miasto spadło kilkaset tysięcy ton bomb, niszcząc 15 kilometrów kwadratowych terenu, zabijając (wg Irvinga) ok. 200 tysięcy ludzi i pozbawiając dachu nad głową prawie milion.
Spadające bomby były w większości bombami zapalającymi; nad miastem rozpętała się burza ogniowa. Autor książki bardzo obrazowo przedstawia zdarzenia, niemal naturalistycznie opisując straszliwy los ofiar bombardowań. Realistycznie namalowane obrazy spopielonych, spalonych, uduszonych z braku tlenu mieszkańców miasta rzeczywiście przemiawiają do wyobraźni.
Niektóre źródła określają książkę Irvinga mianem kontrowersyjnej; uważa się, że liczba ofiar, podana przez autora została poważnie zawyżona (reputacja Irvinga jako historyka generalnie nie jest najlepsza), a prawdziwa liczba to około 25-35 tysięcy. Czy jest to prawda, ciężko mi osądzać, zresztą z mojego punktu widzenia różnica pomiędzy 25 a 200 tysięcy jest mało istotna – i tak zbombardowanie miasta było zbrodnią. Irving jest też znany z umniejszania hitlerowskich zbrodni i wyolbrzymiania ich strat i ofiar; wszystko to powoduje, że jego wiarygodność jest często podawana w wątpliwość. To prawda, książka wydaje się tendencyjna – ale jak powtarzam, nie jestem historykiem, nie potrafię wiarygodności Irvinga ocenić.
Są tacy, którzy alianckiej zbrodni w Hamburgu i Dreźnie używają jako swoistego “wybielacza” dla hitlerowców; zbombardowanie tych miast miałoby usprawiedliwiać obozy zagłady, zrównanie z ziemią Warszawy i inne przyjemności. Tak na pewno nie można sprawy stawiać; historia spalonych miast pokazuje jednak, że na wojnie nic nie jest czarno-białe. Rycerzy na białych koniach walczących z paskudnymi orkami znajdziemy jedynie na ekranach kin czy kartach książek. Wojna to nie romantyczny czas bohaterów- to parada zbrodni, krzywdy i płaczu.
…kilkaset tysięcy ton bomb, a to dobre,… w bombardowaniu brało udział niewiele ponad 1000 samolotów 13-14-15 luty to na każdego przypada po kilkaset ton… HAHA
Słuszna uwaga. Nośność Lancasterów, które stanowiły główny trzon nalotów (ok. 800 sztuk) wynosiła jakieś 6000 kg, więc zamiast “kilkaset” powinno być pewnie “kilka-kilkanaście”, a Wikipedia podaje liczbę “3900 ton”. Głupstwo z rozpędu.