“Wprost” promuje libertarian? Po tym, jak w którymśtam numerze polecano książkę “Demokracja- Bóg, który zawiódł”, umieszczenie napisu “Wprost poleca” na okładce książki o libertarianizmie tak bardzo mnie nie zdziwiło, choć niewątpliwie byłem pozytywnie zaskoczony.
Zachęcony kupiłem i zacząłem czytać. Już po kilku pierwszych stronach w mojej głowie zapaliła się jednak lampka ostrzegawcza. Boaz pisze o wolności, tolerancji, demokracji – słowem nie wspominając o fundamentalnej dla libertarianizmu koncepcji prawa własności. Autor książki należy – ba, jest wicedyrektorem Instytutu Katona, amerykańskiego think-tanku, który sam siebie nazywa libertariańskim, jednak przez niektórych nazywany jest “soc-libertariańskim”. Na przykład Hans Hoppe sugeruje, że “soc-libertarianie” koncentrują się bardziej na sprawach socjalnych niż na samej istocie libertarianizmu. Zacząłem się obawiać, że autor książki próbuje przemycać pod atrakcyjnym hasłem socjalistyczne tezy. Na szczęście się rozczarowałem.
Książka – w odróżnieniu np. od “Manifestu Libertariańskiego” M. Rothbarda nie jest wykładem z filozofii, ale zawiera wszystkie najistotniejsze punkty idei libertariańskiej. Autor operuje na przykładach, stopniowo wprowadzając koncepcje libertariańskie, próbując umieścić je zarówno w kontekście historycznym, jak i społecznym i politycznym. Podawane przez niego przykłady pokazują opresywny charakter państwa, tłumacząc, jak wyrugowanie rządowych ingerencji mogłoby poprawić sytuację ludzi.
Nie będę tu streszczał książki, nie ma sensu – ci, co koncepcję libertariańską znają, nic na tym nie zyskają; ci, co nie znają, niech przeczytają książkę! Zwrócę uwagę jedynie na jedną sprawę, która różni koncepcję Boaza od “klasycznego” libertarianizmu. Różnica polega mianowicie na tym, że Boaz sugeruje zastąpienie obecnego rządu “rządem minimum”, to jest takim, którego jedyną rolą byłaby ochrona praw obywateli (czyli w praktyce zapewne redukcja do sił policyjnych i wojskowych). W “klasycznym” libertarianizmie rządu w ogóle nie ma – państwo zostaje zastąpione “ładem naturalnym”, pewnego rodzaju anarchią, w której wszelka działalność ludzi regulowana jest dobrowolnymi umowami; nawet sądownictwo, policja, wojsko – zastąpione miałyby zostać prywatnymi firmami.
Koncepcja Boaza wydaje się być o tyle atrakcyjniejsza od “klasycznej”, że jest bardziej konserwatywna – wiele ludzi (w tym ja) ma pewne opory przed propozycją całkowitej likwidacji rządu. Boaz nie wyjaśnia jednak dwóch ważnych spraw:
Po pierwsze, nie wiadomo, w jaki sposób w świetle uniwersalnego prawa własności usprawiedliwić istnienie pobierającego podatki rządu. Boaz wspomina coś o “nieobowiązkowym podatku”, co jednak na zdrowy chłopski rozum nie ma prawa działać. Problem można zaatakować poprzez wprowadzenie “umowy społecznej” (co mnie osobiście wydaje się podejrzane) lub proponowanym przez Hoppego “rządem prywatnym” (tzn. m.in. mogącym akumulować kapitał) – ale o tym Boaz nie pisze. Rothbariańska koncepcja “anarchii libertariańskiej” jest dużo bardziej spójna.
Po drugie, nie wiadomo, w jaki sposób możnaby trzymać w ryzach “rząd- minimum”. Boaz sugeruje, że Stany Zjednoczone wystartowały w oparciu właśnie o ideały libertariańskie, czyli początkowo ich rząd miał właśnie charakter “minimalny”. Abstrahując od dyskusyjności tej tezy (sugerowałbym raczej, że w czasach “pionierskich” rząd USA po prostu nie miał prawie żadnej mocy sprawczej), pojawia się pytanie, dlaczego po dwustu latach z rządu minimum urodził się wydający tryliony dolarów moloch. Może to jest naturalne zjawisko? Jeżeli tak, to trzeba by pomyśleć sposób na ograniczanie rozrostu rządu – o czym Boaz nie wspomina.
A więc – czy warto? Pewnie. Książka na pewno trafi do szerszej publiczności – i bardzo dobrze, bo nieliczne pozycje tego typu były na naszym rynku raczej “niszowe”. Z tezami Boaza można się zgadzać albo nie – ale cenne jest samo sprowokowanie do dyskusji!
Ja różne rzeczy czytam, teksty na Kontrrewolucji, nawet Korwina-Mikke od czasu do czasu. Nikt mi jednak nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób zmienić sytuację, kiedy 40% społeczeństwa pracuje wytwarzając coś pożytecznego, a 60% pasożytuje na tych pierwszych. Żadne wybory demokratyczne, ani rozwiązania siłowe (te 60% ma za sobą wojsko i policję) nie są w stanie tego zmienić. Przynajmniej ja na razie nie wymyśliłem żadnego sposobu… Może ktoś ma pomysł?
przymusowo przesiedlić te 60% do Chin
„Dobrowolne podatki” są, o ile wiem, koncepcją minarchistyczną, który to nurt jest zaliczany do libertarianizmu. A podatków przymusowych oczywiście nie da się usprawiedliwić na gruncie prawa własności, tak jak nie da się usprawiedliwić samego istnienia państwa.
Rząd oparty na dobrowolnych podatkach, o ile jeszcze dopuszcza dla siebie alternatywę (konkurencję) w zakresie usług, które świadczy – a jeśli respektuje zasady libertarianizmu to powinien – to nic inego jak szczególny przypadek wolnościowej anarchii (tak samo jak jeden sklep we wsi może być szczególnym przypadkiem wolnego rynku w dziedzinie handlu artykułami spożywczymi). Być może to przypadek najbardziej prawdopodobny.
W XIX w. Auberon Herbert pisał o “dobrowolnym rządzie”, a Gustave de Molinari o “wolności rządu”. Obaj są dziś uznawani za prekursorów wolnorynkowego anarchizmu, choć nie używali tego pojęcia..