Guess who’s back…
Po długiej szarpaninie ze sobą samym postanowiłem wrócić do pisania mojego “politycznego bloga”. Odgrażałem się, że “nigdy więcej” – ale przyzwyczaiłem się do swojego wieczornego zajęcia na tyle, że nawet po pół roku przerwy jakoś ciężko zapomnieć. To trochę jak papierosy – jak się raz zacznie, to ciężko przestać.
Parę rzeczy na pewno się zmieni. Po pierwsze, zrezygnowałem z własnej domeny i płatnego hostingu – zawsze te parę złotych do przodu, chociaż na swoim łatwiej się rządzić – na przykład można podłączyć własną szatę graficzną. Niestety, domenę kontrrewolucja.pl ktoś w międzyczasie podkupił, tylko po to, żeby umieścić tam archiwalne wpisy z mojego bloga. Spoko, nie gniewam się.
Po drugie, zrezygnowałem z podszywania się pod dwóch różnych autorów – ci, co mnie wcześniej czytali, wiedzą o co chodzi: w zależności od nastroju pisałem albo na spokojnie jako “locke” albo z przytupem jako “demostenes”. Pomysł może i był fajny, ale prawdę mówiąc to trochę mi się znudziło.
Po trzecie, postanowiłem nieco spuścić z tonu – pierwotnie, Kontrrewolucja miała być ambitnym projektem, z aspiracjami do wyższych celów – cóż, błędy i głupota młodości. Będzie nieco bardziej na luzie, pewnie też bardziej prywatnie – w końcu, ile można pisać o tym, że wysokie podatki są be?
I to by było na tyle – Alleluja i do przodu!